WROCŁAWSKI KLUB KOSZYKÓWKI

#

#

#

#

2018-04-08 12:48:49

Jerzy Szambelan: W życiu nie ma próżni

#

Czy dziś istnieje zawód trenera?

-Mam 70 lat, a ponad 40 param się ze szkoleniem – przeszedłem wszystkie etapy. Kiedyś był model klubowy, w którym sport był budżetowy. To były kluby zakładowe, gdzie wykładano pieniądze, prezes klubu był moim pracodawcą, byłem zatrudniony w fabryce jako ślusarz, ale zajmowałem się szkoleniem i otrzymywałem pieniądze. Można powiedzieć, że wtedy był zawód trenera. W momencie przeobrażeń społeczno-politycznych, gdy weszliśmy w gospodarkę wolnorynkową, zakłady wyrzuciły Domy Kultury, zaprzestały finansowania, więc sport nie był na budżecie. Do klubów weszli sponsorzy ze swoimi pieniędzmi, którzy są zainteresowani tylko sportem widowiskowym. Sprawa młodzieży została na łasce Bożej. Można szczerze stwierdzić, że nie ma zawodu trenera, ponieważ w życiu nie ma próżni. Fakt, są w środowiskach ludzie ambitni, którzy chcą to kontynuować, bo ten zawód uzależnia. Nie otrzymują pieniędzy, a mimo wszystko starają się udźwignąć sprawy organizacyjne, szkoleniowe, finansowe. W tej chwili idziemy w kierunku modelu szkolnego, bo tylko tak można się odbudować – dzieci i baza są w szkole – dostanie się dodatkowe godziny. Trudno żyć na łasce sponsora przy szkoleniu młodzieży, bo dziś jeden ma chęć sponsorowania, a w którymś momencie może mu się odwidzieć i coś się rozwali. Pierwszym problemem jest szkolenie, a drugim – młodzież, która dzisiaj jest – można powiedzieć – inna. Jest problem słuchania, dyscypliny, ambicji.

Z tego co Pan mówi wynika, że nie jest to opłacalna praca.

-W tej chwili z tego nie można się utrzymać. Wcześniej był zawód, zarabiałem wystarczająco na utrzymanie rodziny. Dziś trenerzy zajmujący się szkoleniem młodzieży zarabiają 500-600, a w porywach 700 zł. Co to są za pieniądze? Pamiętajmy, że trzeba jeszcze dojechać, a to też koszta. Poza tym należy poświęcić dużo czasu, bo oprócz treningów są starty – trzeba na weekendy gdzieś jechać czy grać u siebie.

W takim razie jaka jest przyszłość polskich trenerów?

-Kreatywni starają się w swoim środowisku jakoś sobie radzić. Tak jak powiedziałem, nie ma próżni. Powstają klasy, szkoły sportowe. Coś się będzie działo tylko to jest proces. W tej chwili PZKosz przy pomocy Ministerstwa Sportu organizuje szkolenie od dołu, są SMOKI (Szkolne Młodzieżowe Ośrodki Koszykówki). Proces szkolenia składa się z etapów: wstępnego, podstawowego, ukierunkowanego i specjalistycznego. I na dole SMOKI mają spełnić treści i filozofie niezbędne na etapie wstępnym. Powinno się skupić na usprawnianiu i oswajaniu dziecka z piłką, by przejść do następnego – uczenia podstaw. Dziecko musi być w miarę sprawne, by przyswajać nauczanie elementów technicznych – defensywnych i ofensywnych.

Wielokrotnie mówił Pan w wywiadach, że teraz trudniej nauczyć tych młodych chłopaków podstawowych czynności, ale z czego tak naprawdę wynika? Jest przecież lepsze zaplecze motoryczne i treningowe…

-Problem polega na tym, że oni przychodzą bardzo zaniedbani. Dzieci dużo siedzą. Rodzice nie rozumieją, że dziecko musi się rozwijać fizycznie i intelektualnie, a nie tylko intelektualnie. Źle to wygląda, dużo krzywdy robi elektronika. Oni spędzają dużo czasu w domu, na grach, na Facebooku, popisują się swoimi głupotami, a to wszystko zabiera czas. Rodzice powinni być świadomi, żeby zapełniać dziecku czas wolny, odciągać je od elektroniki, ale oni też mają swoje problemy – praca, utrzymanie rodziny. W Polsce kuleje praca u podstaw. Widzimy to po zajęciach wychowania fizycznego. Rodzice zwalniają z byle przyczyny, jeśli w klasie 1/3 ćwiczy to dużo. Reszta siedzi na ławkach i bawi się swoimi zabawkami. Nieraz jak patrzy się na sprawność dzieci to ręce opadają.

Ale trzeba mieć też gdzie trenować, a taki obiekt jak WKK Sport Center to ogromna inwestycja.

-Takie ośrodki powinny powstawać wszędzie, gdzie się da. W krajach, gdzie stopa życiowa jest na wysokim poziomie, ale jest to także już i w Polsce, bo to widać gołym okiem, jest tak zwany system „trzy razy osiem”. Osiem godzin pracy, snu i wypoczynku czynnego. Jeżeli byłaby taka świadomość to takie ośrodki byłyby zagospodarowane. Pracowałem w Niemczech w ośrodkach z basenem, kawiarnią, restauracją… Po prostu kupowało się karnet i szło się dwa razy w tygodniu, a było to w 1979 roku. Można było pograć w tenis, porzucać do kosza, a później pójść na kolacyjkę czy do kawiarenki.

Fakt, są inne czasy, jest inna mentalność, ale czy to wszystko aż tak się zmieniło, że żadna inna drużyna nie była do tej pory w stanie powtórzyć Waszego sukcesu z 2010 roku?

-Mieliśmy z Tomkiem Niedbalskim i Grzesiem Zielińskim reprezentację, która zdobyła wicemistrzostwo świata, ale rocznik 1993 prowadziłem w klubie. Pierwsza selekcja była na Olimpiadzie Młodzieży w Wałbrzychu, gdzie rywalizacja była na poziomie wojewódzkim, także mieliśmy przegląd całej populacji. Wcześniej nabór do reprezentacji robił Paweł Turkiewicz, a ja mu pomagałem. W międzyczasie dostał propozycję poprowadzenia klubu ze Zgorzelca i mnie poproszono, żebym kontynuował. Prowadziłem ten rocznik jako klub Stalowa Wola i na tej imprezie zdobyliśmy srebrny medal. Okazało się, że potencjał był ogromny, bo – umówmy się – z pustego nikt nie naleje. Nam się udało go wykorzystać to sukces zawodników, ale także troszkę nas. Oni się zaangażowali, byli ambitni, a przede wszystkim wykazali dużą wartość sportową, przeszli ogromną szkołę. W okresie przygotowawczym i imprezie nie tylko doskonalili umiejętności koszykarskie, ale zdobywali doświadczenie. Mówię, że przeszli uniwersytet, dlatego tak daleko zaszli - pięciu jest w szerokiej reprezentacji. Trudno powiedzieć, czy są tacy chłopcy w innych rocznikach. Po nich miałem rocznik 1997, w którym był młodszy Ponitka (Marcel – dop.), graliśmy na mistrzostwach Europy w Kijowie i utrzymaliśmy się w dywizji A. Później był rocznik 1998 z kilkoma chłopakami od Was, nie udało nam się utrzymać. Dobry był także rocznik 2000, kiedy mieli mistrzostwa Europy w Radomiu, ale też się nie utrzymali. Ja byłem przy reprezentacji, która awansowała do dywizji A, prowadziliśmy ją z moim wychowankiem – Marcinem Klozińskim – który w tej chwili prowadzi Trefl Sopot.

Jak rozwinął się trener Niedbalski od czasu Waszego wicemistrzostwa świata?

-Bardzo Tomka szanuję, bo jest pasjonatem, choć jeszcze bardziej pasuje chyba określenie fanatyk. Zaprzyjaźniliśmy się przy tej reprezentacji, co do której trzeba zaznaczyć bardzo istotną kwestię. Tamten staff tworzyły relacje między trenerami. Tomcio był wcześniej asystentem u innych trenerów, ale myślę, że nie byli odpowiednio wykorzystani. Po jednym treningu powiedziałem, że muszą się włączyć, muszą być aktywni. Posiadali dużą wiedzę, której użyłem. Kiedy weszli w zajęcia, poczuli się bardzo dowartościowani i ich zachowanie było zupełnie inne. Pochodzę z wielopokoleniowej rodziny, w której moi dziadkowie przedwojenni ciągle mówili, żeby być uczciwym, pracowitym i tak dalej. Zachowania moralne były wpajane. Powiedziałem im, że to reprezentacja i musimy mieć do siebie zaufanie, przyjaźnić się, pomagać sobie i okazało się, że stworzyliśmy tak fajną paczkę. Zawodnicy widzieli, że to nie jest jeden trener, ale siła.

Jakby nie patrzeć roczniki 1993 i 1998 nie dzieli nie wiadomo jaka przepaść. Jak więc na przestrzeni tych lat zmienił się sam zawodnik?

-Jest problem z mentalnością, która jest fundamentem. Miałem takie obserwacje dzięki siatkówce, bo w Stalowej Woli trenerem był Ireneusz Mazur. Zaprzyjaźniliśmy się. Irek wpadł na pomysł – w Rzeszowie zorganizował Szkołę Mistrzostwa Sportowego siatkówki, asystował mu Edward Sroka. Później przenieśli ją do Spały. Pomyśleli, że skoro chcą coś osiągnąć to muszą tych chłopaków zmienić mentalnie. Nakreślili regulamin wewnętrzny zachowania – słuchanie, dyscyplina, pokora. Kiedy były trudne zajęcia i organizm bronił się przed wysiłkiem to trener musiał znaleźć takie metody, które zawodnikowi mogły się nie podobać, ale nie mógł pod nosem coś gadać, tylko trzeba było się stosować. Bardzo zwracali uwagę na takie cechy jak wola walki, chęć podnoszenia umiejętności. To był fundament – jeśli zawodnik jest zaangażowany, zdyscyplinowany, są wyzwolone cechy wolicjonalne, można przygotowywać go fizycznie i może być pewien progres. Zawodnik powinien wychodzić lepszy z treningu jako człowiek i jako gracz. Ja to wykorzystałem przy pracy z Tomkiem i Grzesiem. Powiedziałem, że jeśli ktoś nie będzie przestrzegał tych zasad, wypada, nie ma prawa z nami współpracować, bo mamy świadomość, że grupa to pewna psychologia i każdy zawodnik swoim zachowaniem albo będzie budował zespół, albo burzył. Na to drugie nikt nie pozwolił. Całość polega na tym, by wykorzystać umiejętności zawodnika i jego predyspozycje.

Powiązane artykuły